KK

Esej Kacpra Knochowskiego
na temat roli USA w konflikcie afgańskim 

z dnia 24 sierpnia 2021 r.

Stany Zjednoczone Ameryki są jednym z wiodących mocarstw światowych. Od  początku XX wieku uznaje się je za imperium „rozdające karty” w światowej rozgrywce. Na przestrzeni całej swojej historii państwo to było uwikłane w liczne konflikty wewnętrzne (wojna secesyjna, konflikty etniczne m.in. prawa Jima Crowa) i międzynarodowe (obie wojny światowe, zimna wojna). Spory te kosztowały społeczeństwo amerykańskie ogromne straty.

Wydaje się, że konflikt w Afganistanie staje się jedną z najbardziej niechlubnych kart w dziejach USA. Za początek tego wydarzenia uznaje się rok 2001, a dokładniej 11 września, kiedy to wrogie siły organizacji terrorystycznej o nazwie Al-Kaida, zaatakowały wieżowiec World Trade Center i Pentagon. W zamachu tym życie straciło 2996 osób (w tym 19 terrorystów). Był to ogromny szok dla społeczeństwa amerykańskiego i początek nowej wojny – wojny z terroryzmem. Ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, George Walker Bush, podczas przemówienia na połączonej sesji obu Izb Kongresu z 20 września 2001 roku, zwołanej w celu wyjaśnienia wyżej wspomnianej masakry, powiedział: „Nasza wojna z terroryzmem rozpoczyna się do Al-Kaidy, ale się na niej nie kończy. Nie skończy się, póki ostatnia grupa terrorystyczna o globalnym zasięgu nie zostanie odnaleziona, powstrzymana i zniszczona”. Prezydent również zażądał od talibów wydania ich przywódcy – Osamy bin Ladena, ci jednak odmówili, na co Amerykanie odpowiedzieli siłą. W dniu 7 października 2001 roku Amerykanie rozpoczęli działania wojenne wyprowadzone przeciwko talibom w Afganistanie. Profesor historii na Uniwersytecie Harvarda, Jill Lepore, w swojej książce pt. „My, Naród”, wyczerpująco opisuje tamte wydarzenia, na które w swoim eseju niejednokrotnie będę się powoływał.

 

Kiedy zimna wojna zakończyła się klęską Związku Radzieckiego, Stany Zjednoczone przeszły w okres „rozluźnienia”. Ich największy wróg, który od II wojny światowej de facto sprawował rządy w Europie Wschodniej i Azji Zachodniej, rozpadł się na kilkanaście małych państw (byłych republik) i nie stanowił już większego zagrożenia (oczywiście było to mylne założenie). Po zakończeniu zimnej wojny wydatki na wojskowość w USA drastycznie spadły. Administracja Billa Clintona nie inwestowała już tak dużych środków w armię, lecz w większym stopniu pragnęła zadbać o społeczeństwo i poprawę standardów demokratycznych w kraju, które i tak mocno podupadły przez liczne konflikty np. na tle rasowym. Jednakże w latach od 1998 do 2011 roku, czyli za czasów prezydentury Georga W. Busha i Baracka Obamy, wydatki na wojsko niemalże podwoiły się i sięgnęły prawie 700 mld rocznie. Warto również dodać, że były to największe kwoty przeznaczone na rozwój militarny USA od czasów II wojny światowej. Barack Obama na początku swojej prezydenckiej ścieżki kariery rozważał możliwość opuszczenia Afganistanu przez wojska amerykańskie i tym samym wojska NATO (co opisane zostało w jego biografii zatytułowanej „Ziemia Obiecana”), jednakże pomysł ten nie został zrealizowany.

 

Podczas wygłaszania orędzia o stanie Unii z 2002 roku, George W. Bush porównał działania państw takich jak Irak, Iran czy Korea Północna do działań terrorystów: „Państwa takie jak te i ich terrorystyczni sojusznicy stanowią oś zła, zagrażającą pokojowi na świecie”. W dalszym ciągu wypowiedzi skrytykował chęć posiadania przez nie dostępu do broni masowego rażenia: „Dążąc do pozyskania broni masowego rażenia, reżimy te stanowią poważne i rosnące niebezpieczeństwo. Mogą dostarczyć tę broń terrorystom, dając im środki dorównujące ich nienawiści”. Wydaje się, że wypowiedzi prezydenta miały charakter nawołujący do pomocy Ameryce w walce z terroryzmem, a zostały skierowane w szczególności do państw Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO). Słowa uznania dla ówczesnego prezydenta USA należą się również za to, że nie skrytykował religii, którą wyznają talibowie (islam). Byłoby to oczywiście odebrane za czyn skrajnie populistyczny i mógłby on doprowadzić do odwrócenia się ludności m.in. europejskiej, słynącej z tolerancji do innych kultur (przynajmniej w większości), od będących w potrzebie Afgańczyków. Słowami „Wszyscy Amerykanie muszą rozumieć, że oblicze terroru nie jest prawdziwym obliczem islamu” potwierdził swoją zdroworozsądkowość i w pewnym stopniu starał się również zażegnać problemy rasowe i wyznaniowe, dzielące społeczeństwo amerykańskie od stuleci.

 

Powracając do rozważań na temat wydarzeń, które w ostatnim czasie miały miejsce w Afganistanie, warto wspomnieć o reakcji rosyjskiej na zaistniałą sytuację. Kreml, czyli odwieczny konkurent Stanów Zjednoczonych, stoi w tym momencie przed ogromnym wyzwaniem. Dmitrij Trenin, w swoim tekście na łamach Carnegie Moscow Center („Afganistan po wycofaniu się USA: wyzwania dla Rosji i Azji Środkowej”, 13.08.2021), stawia tezę, że „Afganistan staje się źródłem niestabilności w regionie”. Są to słowa ze wszech miar słuszne, ponieważ państwo, które było gwarantem bezpieczeństwa w Afganistanie, nagle wycofało się z tych obietnic i nie będzie już przeznaczało tak dużych nakładów finansowych w gospodarkę afgańską. Teraz Rosja będzie musiała sobie poradzić z ogromną falą migracji i działalnością organizacji terrorystycznych, takich jak IS, co na pewno będzie stanowić dla niej duże wyzwanie.

 

Autor wspomnianego powyżej tekstu również podejmuje się odnalezienia rozwiązania dla Rosji, dla której ścisła współpraca z Organizacją Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym i Szanghajską Organizacją Współpracy będzie niezbędna dla zachowania bezpieczeństwa w regionie. Pierwsza z organizacji służyć będzie jej do stworzenia pewnego rodzaju bariery ochronnej, ponieważ Kreml nie posiada granicy lądowej z Afganistanem. Jednakże państwa, z którymi współtworzona jest owa Organizacja, znajdują się w zasięgu sił zbrojnych Afganistanu i w każdej chwili mogą znaleźć się na linii ostrzału. Rosyjskie bazy wojskowe znajdujące się Tadżykistanie i Kirgistanie, zabezpieczone Centralnym Okręgiem Wojskowym z siedzibą w Jekaterynburgu, zapewne w pewnym stopniu odstraszają talibów.

 

Kluczową organizacją, służącą do poskromienia roszczeń talibów, jest Szanghajska Organizacja Współpracy. Należą do niej jednocześnie Chiny, Rosja i Indie, czyli najpotężniejsze siły militarne w regionie. Co ciekawe, obserwatorem w tejże Organizacji jest Afganistan, co w znaczący sposób może przyczynić się do prowadzenia pokojowych pertraktacji i ocieplania stosunków pomiędzy Rosją a talibami. Utrudniać ten proces mogą Chiny, które to po wyjściu Amerykanów z Afganistanu, będą starały się gospodarczo opanować to terytorium i uzależnić je od swoich wpływów. Będzie to oczywiście sprzeczne z oczekiwaniami Kremla, jeżeli ten chciałby zagarnąć Afganistan do swojej strefy wpływów. Jednakże jeśli kontakty chińsko-rosyjskie będą się układać tak, jak to miało miejsce dotychczas, to prawdopodobieństwo spełnienia się takiego założenia jest nikłe. 

 

Ivan U. Klyszcz w swojej publikacji w rosyjskim medium Riddle (16.08.2021) starał się odpowiedzieć na pytanie, zawarte w tytule: „Talibowie dotarli do Kabulu. Dlaczego Moskwa jest taka spokojna?”. Kontakty rosyjsko-afgańskie na przestrzeni lat były w pewnym sensie sinusoidą. Wszystko było oczywiście zależne od interesów obu państw. Rosjanie w dniu dzisiejszym nie postrzegają talibów tak jak wcześniej. Nie uważają ich za wrogów. Jednakże od 2003 roku są oni uznawani na Kremlu za organizację terrorystyczną, co stoi na przeszkodzie w prowadzeniu pertraktacji na równych poziomach. Minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej – Siergiej Ławrow – w swoich wypowiedziach nie stroni od krytyki zaistniałej sytuacji, sugerując, że południowe państwa, które sąsiadują z Rosją i są po części uzależnione od jej pomocy militarnej i gospodarczej, będą zagrożone. Jednakże nie to jest w tym wszystkim dla nich najważniejsze.

 

Podczas konferencji prasowej, która odbyła się 16 lipca 2021 roku (czyli na początku wycofywania wojsk amerykańskich), S. Ławrow powiedział, że amerykańska misja w Afganistanie jest „jawną porażką”. Miało to oczywiście na celu poniżenie Stanów Zjednoczonych i pokazanie całemu światu, że to nie Ameryka, lecz Rosja jest hegemonem w regionie i to ona rozdaje tam karty. Są to oczywiście populistyczne wnioski, ponieważ na dzień dzisiejszy Rosji nie stać na prowadzenie takiej wojny (i to przez tyle lat), która pochłania i ludzi, i ogromne pieniądze. Aktualnie Kreml jest w ogromnym kryzysie demograficznym, a pod względem gospodarczym zajmuje dopiero szóste miejsce, biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej (PKB).

 

Aby móc podsumować wszystkie wnioski, warto jeszcze na chwilę cofnąć się do czasów zimnowojennych, kiedy to trwał konflikt w Wietnamie. Oczywiście przeciwnikami w danym sporze (tak jak w wielu innych) były Stany Zjednoczone i ZSRR. Daniel Fried, w swojej publikacji na łamach Atlantic Council („Lekcje Wietnamu dla porażki Afganistanu: Nie licz jeszcze przywództwa USA”, 17.08.2021), zawarł dość kontrowersyjne, lecz prawdziwe porównanie (i jednocześnie twierdzenie): „W Wietnamie, podobnie jak w Afganistanie, Stany Zjednoczone nie rozumiały ani natury swojego wroga, ani słabości swoich przyjaciół”. W obu przypadkach podjęto zbyt optymistyczne założenia szans na zwycięstwo, kiedy tak naprawdę Stany nigdy nie prowadziły wojny z żołnierzami-partyzantami. Zarówno Afganistan, jak i Wietnam, pokazały ogromną klęską establishmentu. Obecnie urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, zastanawia się: „Ilu jeszcze Amerykanów ma zginąć?”. Jest to pytanie uzasadnione, lecz niestety zbyt późno zadane. Wojna ta powinna zakończyć się jak najszybciej, już nawet za prezydentury Baracka Obamy. Niestety nadal pochłania kolejne istnienia ludzkie.

 

Reasumując, Stany Zjednoczone de facto zakończyły swój udział w wojnie w Afganistanie. Kontyngenty wojskowe, które jeszcze na dzień dzisiejszy (21.08.2021) stacjonują w Kabulu, służą tylko i wyłącznie do ochrony ewakuowanych jeszcze Amerykanów. Wojna ta zaczęła się od ataków terrorystycznych i nie powinna oczywiście nikogo dziwić reakcja tegoż mocarstwa na takie działania. Początek sporu miał również wydźwięk emocjonalny, ponieważ rozpoczęto go od ataku na WTC i śmierci prawie 3000 Amerykanów. Z biegiem lat przynosił Stanom Zjednoczonym Ameryki więcej szkody niż korzyści. Ogromne pieniądze były również inwestowane w odbudowę już demokratycznego państwa, którego fiasko oglądamy dziś. Słabo wyszkolona armia, która poddała się bez jednego wystrzału, pokazała słabość jej struktur. Uwidoczniła się również patologiczna sytuacja, w której to państwo afgańskie nie potrafi samoistnie, bez pomocy finansowej i wojskowej ze strony amerykańskiej, funkcjonować.

 

Debata międzynarodowa rozgorzała również w temacie, czy Stany Zjednoczone stracą tym samym status quo światowego mocarstwa. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, w opinii publicznej utracą bardzo dużo, ponieważ teraz większość uważa, że Amerykanie nie są sprawczy w działaniach i nie mają już swojego dawnego „blasku”. Jednakże analizując tę całą sytuację ze strony ekonomicznej, zyskają bardzo wiele. Nie będą musieli, co najważniejsze, przeznaczać ogromnych sum pieniędzy na państwo, które i tak pokazało, że nie da się w nim wprowadzić ustroju demokratycznego, choćby się miało niezliczone nakłady finansowe. Jak szacują eksperci Uniwersytetu Browna w projekcie „Costs of War” (kwiecień 2021), wydatki na ten konflikt wyniosły ponad 2,26 bilionów dolarów. Cała ta suma dzieliła się na: budżet wojenny Departamentu Obrony USA (933 mld), pożyczki wojenne (530 mld), dopłaty do budżetu Departamentu Obrony USA (443 mld), opiekę medyczną dla weteranów (296 mld) oraz budżet wojenny Departamentu Stanu USA (59 mld). Po zsumowaniu wszystkich wydatków profesor Linda Blimes (Uniwersytet Harvarda) stwierdziła, że była to najdroższa wojna w historii USA. Również społeczeństwo amerykańskie, które straciło wiele ze swoich majątków, bądź też ich część z powodu pandemii, nie będzie musiało finansować tejże wojny i skupi się na własnym rozwoju. Państwa demokratyczne niewątpliwie stracą na ich wycofaniu się z tego konfliktu, lecz Stany Zjednoczone zapewne powrócą, gdy tylko uspokoją swoje, już i tak ogromnie spolaryzowane, społeczeństwo.